Czasem przychodzą nam do głowy świetne pomysły, inspiracje, motywacja do działania… po czym bardzo często zdarza się tak, że te entuzjastyczne głosy zastępuje lawina wątpliwości, strachu, braku odwagi. Efekt? Gasimy szybko to, co się w nas zatliło nie dając szansy na rozwój i sprawdzenie, czy byłoby warto. Mój mąż powiedziałby, że negocjujemy sami ze sobą. I ja też często tak robiłam. I wciąż w pewnych kwestiach to robię. Sami odpychamy to, co mogłoby przynieść coś dobrego nam i innym. Zazwyczaj czekamy na jakiś znak od losu lub innych ludzi, potwierdzający, że ten nasz kierunek myślenia jest warty podążania.

Pamiętam jak kilka lat temu, prowadząc jeszcze starego bloga pod domeną Pastelove Motyle, rozpoczęłam cykl wywiadów z ludźmi z mojego otoczenia. Cykl zatytułowałam “(Nie)Zwyczajni” bo przedstawiałam w swoich rozmowach osoby, pozornie żyjące jak każdy z nas, ale wyróżniające się ciekawym podejściem do życia, filozofią, sposobem patrzenia na świat, wartościami. Piękne to były rozmowy i bardzo się cieszyłam, kiedy kolejna osoba z radością przyjmowała zaproszenie do tego cyklu, bo dla mnie samej to była ogromna nauka. Spotkać się z Człowiekiem, który ma za sobą różne doświadczenia, patrzy na świat inaczej i dzieli się tą mądrością… Za każdym razem był to zaszczyt móc wysłuchać tych jakże osobistych wspomnień.

I miałam jednego pana, którego sobie “upatrzyłam” do takiej rozmowy, pochodzącego z naszej Palikówki. Pan Józef, dosłownie człowiek-orkiestra z uwagi na talent muzyczny, który wybrzmiewał w piosenkach granych przez zespół ludowy, do którego należał. Pan Józef miał w sobie tę wrażliwość, tę elegancję w słowach, zachowaniu, sposobie bycia. Dżentelmen w każdym calu, począwszy od dbania o wygląd a skończywszy na manierach. Takich mężczyzn już coraz mniej więc tak bardzo zależało mi, aby to właśnie z nim porozmawiać, zapytać o jego wychowanie, o jego doświadczenia, o to, co tak naprawdę go ukształtowało. Odkładałam to spotkanie bo wydawało mi się, że nie jestem dość dobrze przygotowana, że nie wiem wystarczająco, że może mi nie wypada pytać człowieka starszego o może tak dla niego intymne sprawy… I pozornie nic nie stało na przeszkodzie, znaliśmy się przecież bo mieszkaliśmy w tej samej miejscowości, więc nawet nie byłoby kłopotu po prostu podjechać do pana Józefa na rowerze (mieszkał niedaleko ode mnie). Ale…zawsze coś innego było do zrobienia, zawsze jakieś obowiązki, priorytety, zadania. Rozmawiałam z moja mamą o tym, że marzy mi się ten wywiad z panem Józefem, a mama powiedziała tylko, żebym pamiętała, że pan Józef ma już ponad 80 lat więc nie będzie na mnie czekał w nieskończoność. A mnie wydawało się, że czas jest łaskawy i my mamy nad nim kontrolę. 

Niestety, mama miała rację. Nie zdążyłam. 

Pan Józef zmarł nagle…

I choć minęło już kilka lat od jego śmierci, ja wciąż mam w sobie ten żal, że nie pojechałam z nim porozmawiać. Nie dowiedziałam się, jak rozwijała się ta piękna wrażliwa dusza.. Byłam na siebie zła, bo wartości, jakie wypłynęłyby z tej rozmowy, byłyby ogromne dla każdego Czytelnika. 

Cóż… Pomyślicie, że to mnie nauczyło działać szybciej… Chciałabym…

Zawsze miałam świetny kontakt z moimi wujkami, zwłaszcza z wujkiem Piotrkiem jak i z wujkiem Tomkiem. Obu uwielbiałam za poczucie humoru, po nich odziedziczyłam częściowo skłonności do szaleństwa (resztę po pradziadku Wincentym). I pamiętam, jak wujek Piotrek zawsze mi mówił, żebym go odwiedzała, jak tylko będę w okolicy, jak tylko będę mieć czas… I ja zawsze uwielbiałam do niego jeździć, choć jeździłam rzadko. Tym bardziej, że jego dzieci, a moi kuzyni i kuzynowie, to moi współtowarzysze wakacyjnych przygód, często szalonych (jak patrzę na nie teraz z perspektywy czasu), z którymi mamy wspaniałe wspomnienia, bo razem dorastaliśmy. I nie było zawsze łatwo, nie mieliśmy pieniędzy na nasze zachcianki, nie mieliśmy żadnych rozrywek technologicznych. Jedyne, co mieliśmy to naszą fantazję. I to właśnie było piękne bo potrafiliśmy z niej korzystać naprawdę w zadziwiający sposób 🙂 

Znowu nie zdążyłam. Nie zdążyłam znaleźć czasu, żeby odwiedzić mojego wujka. Pośmiać się z dawnych przygód, wspomnieć z rozrzewnieniem jak to Gabryńcia (jak nazywał mnie wujek) handlowała plakatami z dziećmi z sąsiedztwa, jak chciała się bić z hardą chłopaków, jak to kuzyn uczył mnie jeździć na motorynce, z której nie potrafiłam zejść i musiał wsiadać w biegu żeby opanować ten dziki sprzęt i moje “Aaaaaa nie umiem hamooooowaaaać!”. I znowu nie trzeba było wiele bo odległość, jaka nas dzieliła, zawierała się w dwudziestominutowej jeździe na rowerze…

Nie znalazłam tego czasu…

I ten żal niestety od niedawna, mogę okazać już tylko na cmentarzu… 

Bo wujek nagle zmarł… 

W młodym wieku, mając co najmniej jeszcze kilkanaście lat przed sobą, choćby na wspominanie swojego życia, które tak pięknie zbudował ze swoją Rodziną. Tego żalu nie da się niczym ukoić ani niczym usprawiedliwić. 

Czy mogę powiedzieć, że już nauczyłam się znajdywać czas na rzeczy ważne i ważniejsze? 

Niestety chyba wciąż nie…

Kilka lat temu, moja Tosia chodziła na lekcje tańca do szkoły, w której organizowane były również zajęcia aktorskie dla dzieci. Prowadził je wspaniały Człowiek, pan Jerzy, aktor teatralny o niesamowitej osobowości, którą docierał do serc dzieci i nastolatków. Zapisałam do niego na zajęcia mojego Franciszka. Te zajęcia miały przede wszystkim na celu wzmocnić u dzieci poczucie własnej wartości i szacunek do innych a także nauczyć je asertywności. Cechy obecnie bardzo cenne. Franciszek był u pana Jurka zaledwie raz ponieważ się rozchorował a później doszły wyzwania logistyczne w efekcie czego, na zajęcia już nie wrócił. Mieliśmy jednak znajomą, której dzieci wciąż chodziły do pana Jurka i z zachwytem opowiadała, ile pozytywnych zmian obserwuje u nich podczas kontaktu z rówieśnikami. To, jak się wyrażają z szacunkiem o innych i do innych, ale też to, jak dbają o siebie, jak się zachowują…To wszystko było warte wydanych pieniędzy. I bardzo żałowałam, że nie było nam po drodze z terminem, logistyką i całą resztą spraw organizacyjnych, żeby jednak Franciszek mógł dalej chodzić. Wtedy mieliśmy jeszcze na głowie urządzanie nowego domu i to pochłonęło nas na kilka lat. Ale zawsze gdzieś z tyłu głowy przypominał mi się pan Jurek i moje wewnętrzne pragnienie, żeby Franio do niego wrócił. Bo takich ludzi naprawdę nie spotyka się zbyt często a zwłaszcza w roli, poprzez którą uczą tej wyjątkowej mądrości młodych ludzi.

I kiedyś mnie tknęło. A minęło już pięć lat, odkąd mieszkamy w naszym domu. Wzięłam telefon i zadzwoniłam do szkoły, w której prowadzone były zajęcia z panem Jurkiem. Zapytałam, czy wciąż pan Jurek je prowadzi. W słuchawce usłyszałam ciszę, po czym pan o miłym głosie, zaczął mówić ze smutkiem:

-Wie pani, z panem Jurkiem wiąże się piękna i jednocześnie smutna historia. Smutna, ponieważ pan Jurek niedawno zmarł… Piękna, ponieważ jego wybitna osobowość miała tak pozytywny wpływ na jego uczniów, że bardzo trudno było ją zastąpić. I do tej pory nie udało się nam tego zrobić. Nie ujmując innym nauczycielom, pan Jurek miał w sobie niespotykaną już klasę, szacunek do drugiego Człowieka.. On w każdym widział godność i piękno. A zwłaszcza u dzieci…

Zamurowało mnie….

Znowu to samo…

I choć wierzę, że życie czasem przynosi nam dyskretne sygnały do zmiany, tak teraz śmiem twierdzić, że w moim przypadku jest to wołanie jak do głuchego, aż w końcu usłyszy właściwie. I ja niby słyszę, wiem, rozumiem… i wciąż takie sytuacje przypominają mi, że nie zawsze znajduję czas na rzeczy ważne…

Nie chcę kolejnych przykładów. Nie chcę już żałować, że na coś ważnego zabrakło mi czasu. 

Bo kluczem chyba jest po prostu uświadomienie sobie, co tak naprawdę jest dla nas ważne. 

Usłyszenie tego.

Odkopanie z warstw codzienności.

Wydobycie na powierzchnię spod piętrzących się spraw do załatwienia. 

To z tym chyba jest największy problem. 

Odsiać ziarna od plew.

I ożywić je swoją uwagą, energią, słoneczną radością. 

Zanim uschną w oczekiwaniu.

Lub umrą nieświadome, jak wielką wartość zabierają ze sobą.

 

 

5 odpowiedzi

Dodaj komentarz